O tym, jak tradycja może skomplikować życie…

W niedzielę wyprawiliśmy się na pastwiska, żeby zobaczyć
młode jagniątka. Chwilkę przed wyjściem mnie olśniło – o, przyszła wiosna, może
zrobimy przy okazji Marzannę? W pośpiechu chwyciłam jakiś stary golf, starą
poszewkę od poduszki i sznurek i poszliśmy.
Owieczki słodkie jak zawsze. Nasyciliśmy się ich widokiem,
zrobiliśmy zdjęcia. Przed pastwiskiem rozpościerała się ogromna łąka z mnóstwem
suchej trawy. W sam raz na Marzannę. Patyki skrzyżowane, związane, trawa
ścięta, zrobiliśmy naszą zimową pannę. Cała operacja trwała może 20 minut.
Nasza Marzanna nie była jakiejś szczególnej urody, ale co tam – ważne, że była.
Calineczka zrozumiała mniej więcej tyle, że robimy taką kukłę, żeby pożegnać
zimę, żeby przyszła na dobre wiosna, kwiatki, zielona trawa, słońce. Rzeki w
pobliżu nie było, zresztą, i tak byśmy jej nie spławili, bo nie wolno. Ale
przecież jesteśmy na ogromnej łące – nic prostszego, niż rozpalić ognisko.
Zaraz, zaraz – ale na łące jest sucha trawa. Wieje wiatr. A jeśli zaprószymy
ogień i łąka stanie w ogniu? To może na alejce, którą ludzie wędrują na spacery
do lasu? Nie, też niedobrze. Ktoś może się złościć, zapytać co robimy… Tylko
to sobie wyobraźcie – jesteście na wielkiej łące, praktycznie już poza miastem,
a nie możecie rozpalić na chwilkę tyciusieńkiego ogniseczka… ;)
Okay,
przypomniałam sobie, że jest niedaleko miejsce przeznaczone na ogniska
miejskie. Ale trzeba tam pojechać autem. A auto przed domem. Dylemat – iść z
naszą Marzanną przez osiedle? Przyznaję, że było nam troszeczkę głupio. Bo
gdzieś w Czechach znają podobną tradycję, ale tu, gdzie mieszkamy, nic takiego
nie ma. Nie ma innego wyjścia –  idziemy.
Oczywiście, chichy-śmiechy. Ludzie patrzą, dziwią się. My twardo idziemy. Z
nami Marzanna, której chyba było wszystko jedno. Zapakowaliśmy naszą
towarzyszkę do auta, pojechaliśmy na „wzgórze ogniskowe”. Udało się.
W czasach mojego dzieciństwa wszystko było prostsze. Byliśmy
otoczeni tradycją. Wyrastaliśmy w niej. O jej podtrzymywanie dbały dom i
szkoła. Łykaliśmy ją jak coś oczywistego. Wysysaliśmy z mlekiem matki.
Jesteśmy za granicą. W kraju, który celebruje inne, swoje
zwyczaje. My, rodzice, jesteśmy jedynymi osobami, które mogą przekazać to, na
czym nam zależy, swoim dzieciom. Tutaj nikt nas w tym nie wesprze. Ani szkoła,
ani przyjaciele. Czy polskie zwyczaje będą wydawać się Calineczce dziwaczne,
niepotrzebne, skoro będzie wyrastać wśród innych i brać je już za swoje? Tak
myślę – córeczka straci jakąś cząstkę tożsamości, która u nas, dorosłych, jest
tak naturalna. Marzanna, koszyczek wielkanocny, opłatek wigilijny – staną się
dla niej „folklorem polskim”.
Obiecałam sobie, że nie będziemy wartościować, które
zwyczaje są lepsze – czeskie czy polskie. Pogodzimy wszystko. Postaramy się, żeby
Calineczka miała komplet. Będzie bogatym człowiekiem, mając w jednym paluszku
zwyczaje dwóch kultur. Jak myślicie – uda nam się?

12 thoughts on “O tym, jak tradycja może skomplikować życie…”

  1. Ewiczka napisał(a):

    Na pewno nie będzie łatwo, bo jednak na codzień stykamy się z kulturą i obyczajami/tradycjami kraju, w którym żyjemy. Tak jak wspomniałaś szkoły nam w tym nie pomogą ,więc sami musimy zadbać o potrzymanie tradycji, które wynieśliśmy z rodzinnego domu. My również staramy się na codzień godzić polsko-włoskie obyczaje.

  2. Ja i moje urwisy napisał(a):

    Mam nadzieję, że wam się uda :) Ona wzrasta w dwóch kulturach i niech czerpie z nich tylko najlepsze tradycje…

  3. Anonimowy napisał(a):

    Mamy to samo, świetnie Cię rozumiem. Chciałabym, żeby moje dzieci czuły się wewnętrznie bogatsze dzięki dwujęzyczności i dwukulturowości. To niby bardzo podobne kultury, ale jednak różnice są i w miarę, jak trwa nasz pobyt za granicą, te różnice mocniej odczuwam. Brakuje mi nawet widoku orszaku dziewczynek w strojach ludowych, sypiących kwiatki na procesji. Ale to, co się da, to przenosimy na nowy grunt;) Powodzenia Wam też!
    Ilona

  4. Kropkowo :-)))) napisał(a):

    wspaniale spędzony czas:)

  5. Matka Kubiczkowa napisał(a):

    Bardzo to ważne dylematy. Tożsamość narodowa naszych dzieci, które wyrastają w tak odmiennych niż nasze kulturach. Jesteście mądrymi rodzicami i na pewno pogodzicie te dwa różne światy :)

    Co do Marzanny jakoś zawsze było mi smutno z jej powodu. Nie podoba mi się ten zwyczaj :) Zupełnie tak jak np. obchodzenie zajączka.
    Kubiczkowo bardzo mocno Was (wiosennie) pozdrawia :*

    1. adm napisał(a):

      Ja zawsze lubiłam palenie Marzanny… Do czasu aż mi kiedyś Pani z przedszkola podpaliła kaptur od kurtki, gdy podpalała Marzannę… Potem miałam już uraz. :D

      Również Was pozdrawiamy bardzo, bardzo… I tęsknimy za wami! :*

  6. czar-życia napisał(a):

    Fajna ta Wasza marzanna a jeszcze fajniejsze jest to że chcecie Calineczce przekazac tradycje :-)

  7. kropka306 napisał(a):

    Oj fakt, ciężki temat :/ Ja już nawet głupia jestem kiedy np. Dzień Matki obchodzić? W UK jest w marcu, w przedszkolu więc dzieci wtedy robią laurki, a w maju obdzwaniamy nasze mamy, jak te dzieci mają zapamiętać kiedy to w końcu jest?

    1. adm napisał(a):

      No tu też tak jest… I dzień ojca też w innym terminie niż w Polsce. ;)

  8. malwinkasss napisał(a):

    Ja muszę być przekonana, że się Wam uda! Mi też musi się udać. Dbanie o tradycje jest bardzo ważne, a Wasze potraktowanie Marzanny uważam za wspaniały pomysł! Tak trzymać.
    Pozdrawia!

    1. adm napisał(a):

      Oj jest, jest… Myślę, że dbanie o tradycje pozwala tak nie tęsknić bardzo za Polską. ;)

  9. myviridis napisał(a):

    Ale super pomysł z tymi czuprynkami! Zapamiętuję na przyszły rok :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *